Udało się. Pracę skończyłam 5 godzin przed lotem i 4 dni przed końcem miesiąca. Jestem wolna. Mogę dopakować ładowarkę, laptopa, sprawdzić, czy karty pokładowe są w porządku, z Elodie z Airbnb nic się nie zmieniło, a strajki na lotnisku na pewno zakończyły się 26. stycznia. Uff, wszystko na swoim miejscu. Lecimy do Paryża.

Wróciłam z Paryża 6 dni temu, ale to miasto i wspomnienia z nim związane są tak silne, że nie mogłam się powstrzymać i nie napisać o tym na blogu. Dużo pracuję, więc wpisów tego typu jest tu od groma. Mało odpoczywam, więc kilka wpisów na tematy związane z odpoczynkiem chyba nikomu nie zaszkodzą. Odpoczynkiem, bo w Paryżu, mimo kilkunastu kilometrów przebytych każdego dnia, odpoczęłam jak nigdy.

Paryż w 4 dni – da się! Co warto zobaczyć? Relacja z wyjazdu + koszty

Postaran się tutaj jak najdokładniej zapisać wszystkie informacje praktyczne i mniej praktyczne, a do tego moje wrażenia z wizyty w różnych miejscach w Paryżu, aby dać Ci kompletny poradnik, gdybyś chciał się tam wybrać.

Dzień 0 – z Wrocławia do Paryża

Pomysł na wyjazd przyszedł tak po prostu. Odpaliłam Ryanaira, bo bilety do Beauvais były w promocji – w dwie strony za dwie osoby zapłaciłam 256 złotych. Na lotnisko pojechałyśmy autobusem. Doszłyśmy do wniosku, że to taki fajny smaczek podróży – nie taksówką, jak często, nie samochodem, który zostanie na lotnisku, tylko autobusem, z innymi zmierzającymi w tym samym kierunku. I już to była podróż za jeden uśmiech, bo trwała prawie godzinę. Na lotnisku odprawa, czekanie na samolot, obserwowanie kolejki, która utworzyła się pół godziny przed wpuszczaniem do samolotu. Lecimy. Godzina, pięćdziesiąt minut, miękkie lądowanie. Pada.

Z lotniska w Beauvais miałyśmy dojechać do Porte Maillot na zachodzie Paryża i trochę się obawiałam, że będziemy szukać autobusu, który jest zsynchronizowany z naszym lotem i odjeżdża 20 minut po lądowaniu. Niepotrzebnie – wszyscy zmierzają w tym samym kierunku, a autobusów “lotniskowych” jest pełno (bilet online za 15,9 euro w jedną stronę, przy kasie 17). Poszło gładko – po 1h 20 minutach jesteśmy, gdzieś daleko mrugnęła do nas Wieża Eiffla. Miły początek. Na Porte Maillot też nie mamy problemu ze znalezieniem zejścia do metra, choć idąc w jego stronę napotykamy strajkujących taksówkarzy. Palą ogniska, rozkładają namioty, palą sziszę, jeżdżą na deskorolkach. Zamówienie Ubera tutaj raczej nie jest zalecane.

Metro. Paryż przywitał nas ziołem. Tak mogłabym rozpocząć tę relację. Na stacji w okolicach Luwru wsiadło 4 gości – błyszczące klamry u paska w spodniach aż raziły w oczy, skarpetki na spodniach, kwiatki na spodniach, pełen luz. Wsiedli z muzyką. Głośnik mieli w papierowej torbie. Siedzą, kiwają się do muzyki, dogadzają jointa. Nikogo nie zaczepiają. Po prostu dobrze się bawią. Przesiadka na drugą linię już docelową bez problemów – metro w Paryżu jest rewelacyjne, ale o tym potem. Bez większych problemów docieramy na ulicę, gdzie znajduje się nasze mieszkanie. Godzina 23 – impreza w pełni. Jest może z 13 stopni – ludzie siedzą na zewnątrz, wszystkie stoliki zajęte, piją, palą, bawią się. Śmiecą. Te śmieci tej nocy nas przeraziły. Pomyślałyśmy wtedy, że dojechałyśmy na koniec świata i do niedzieli w nich utoniemy Dużo ciemnoskórych mężczyzn, bardzo dużo. Zaczepiający, szukający kontaktu. Popukałyśmy się w czoło. Gdzie my jesteśmy? Zasnęłyśmy grubo po północy z myślą, że jutro wstaniemy o 8:30. Pośpijmy trochę, potem pozwiedzamy.

Dzień 1 – zaczynamy zwiedzanie Paryża

Zamiast o 8:30 wstałyśmy przed 10. Po śniadaniu wychodzimy z domu. Jest ok. 11. Po wyjściu zdziwienie. Wszystko posprzątane. Ludzie budzą się kawą, spieszą do pracy, śmieją się, sprzedają, palą papierosy. Życie. Idziemy i nie możemy przestać się zachwycać. Apaszki i szale to znak rozpoznawczy Francuzów, pomyślałam, że nigdy ich nie ściągają. Śpią w nich, biorą prysznic, no wszystko. Ludzie są tu pięknie ubrani. Klasycznie, elegancko, albo luźno, ale wciąż wszystko do siebie pasuje. Coś cudownego. Po drodze mijamy piekarnię pełną bagietek, fromagerie (nie wiem jak to przetłumaczyć na polski), pełną serów, po drugiej stronie ulicy sklep z owocami morza wystawionymi na kruszonym lodzie, dalej kebab, kebab i kebab, potem knajpa, która ostatniego dnia stała się naszą ulubioną i dobrze, że ostatniego, bo zupełnie byśmy się spłukały. Dochodzimy do zejścia do metra. Po drugiej stronie ulicy ciemnoskórzy z pierwszego dnia. Ci zaczepiający, zagadujący. Stały element krajobrazu przy zejściu do metra Chateau d”Eau.

 

A po wyjściu z mieszkania…taki #paris 🙂

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Justyna Zienkiewicz (@justzienkiewicz)

Kupujemy 3-dniowy bilet na 3 strefy metra za 24,70 euro. Sporo, ale bardzo nam się przydał i polecam każdemu, kto będzie poruszał się po Paryżu właśnie tę formę przemieszczania się. Bo metro w Paryżu jest rewelacyjnie zorganizowane. Wchodzisz na jedną stację i jesteś gdziekolwiek zechcesz, przesiadki wymagają tylko pokonania schodów, wielu schodów, bo jest kilka poziomów. 13 linii, 3 czy 4 linii kolejki RER. Coś pięknego. Polecam Ci aplikację, która działa offline – Paris Metro. W ogóle nie opłaca się kupować biletów jednorazowych (t+ – koszt jednego to 1,8 euro, pozwala na jazdę przed 1,5 godziny z przesiadkami).

 

#paris #metro wszędzie schody Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Justyna Zienkiewicz (@justzienkiewicz)

Zaczynamy od Łuku Triumfalnego. Na zdjęciach nie robi takiego wrażenia, jak na żywo. Oglądamy go najpierw z jednej strony, po wyjściu z metra, potem przechodzimy podziemiem, żeby zobaczyć go z drugiej. Nie wchodzimy na górę – kosztuje dość dużo, a nie mamy ciśnienia. Szukamy polskich miast na tarczach, w których Napoleon toczył walki, ale nie znajdujemy – czytałyśmy o nich po drugiej stronie, nie chcemy wracać. Przypatrujemy się ruchowi samochodów na rondzie Charlesa de Gualle’a – kosmos, jak oni jeżdżą. Ruch jest spory, samochody wciskają się na różne pasy, trąbią, blokują innych, ale mimo klaksonów nie ma jakiejś dużej nerwówki. W myśl zdania: wszyscy zdążymy.

luk triumfalny

Spod Łuku udajemy się spacerem na Place de Varsovie – plac Warszawski. To stąd ludzie robią sobie bardzo dużo zdjęć z Wieżą, znajdującą się po drugiej stronie Sekwany. Po drodze zastanawiamy się, jak oni to robią, że parkując równolegle zostawiają sobie 30 centymetrów odstępu od kolejnego auta. Potem widzimy magika, który obija się zderzakiem o innych samochód i po prostu wyjeżdża. Myślę, że Paryżanie co roku mają wymianę tablic rejestracyjnych za darmo, bo wyklepać wygiętych na wszystkie strony blach na pewno się nie da.

Nie wiedziałyśmy, czy wjedziemy na Wieżę – trochę się obawiałam kolejek, o których krążą mity. Doszłyśmy pod Wieżę i nasza uwagę zwrócili żołnierze w pełnym rynsztunku. Niestety po ostatnich zamachach to częsty widok w Paryżu. Wzmożone kontrole są wszędzie – przy wejściach do galerii handlowych, we wszystkich muzeach i miejscach turystycznych. Potem już odruchowo przy takiej kontroli rozpinałyśmy kurtki i otwierałyśmy plecak.

Decydujemy się, że wjeżdżamy na Eiffla. Mało ludzi Jedna kolejka – kontrola. Druga, po bilety. Trzecia, kontrola. Wybieramy najwyższe piętro – bilet kosztuje 17 euro. Jedną windą dojeżdżamy na drugie piętro (na pierwszym jest restauracja) i jest pięknie. Niezbyt zimno, mimo wysokości, cieszymy oczy widokami. Fajnym kontrastem jest dzielnica biznesowa La Defense, której wieżowce górują nad typowo paryską architekturą. Wjeżdżamy druga windą na trzecie piętro. Na samej górze jest równie pięknie, ale jeśli będziesz chciał wjechać na Wieżę, w zupełności wystarczy Ci 2 piętro – widok jest podobny, a bilet kosztuje 11 euro, chyba że chcesz się oświadczyć – wjedź na 3, kup szampana, zrób to. 😉

Zjeżdżamy, witają nas ciemnoskórzy sprzedawcy Wieży Eiffla. 1 breloczek za 1 euro. Nie ma opcji. Natalia się targuje i kupuje 5 breloczków, za 1 euro. Jest z siebie dumna. Zawsze się targuj, zawsze zejdziesz z ceny. Zastanawiamy się co dalej, wybieramy Notre Dame. Jedziemy metrem. Jesteśmy już dosyć zmęczone, dlatego teraz to będzie ostatni punkt naszego zwiedzania. Zobaczyłyśmy i zrobiłyśmy już i tak więcej, niż planowałyśmy. Notre Dame wygląda pięknie, i na zewnątrz i wewnątrz, jednak to nie ona robi na mnie największe wrażenie. Nie chcę się rozpisywać na temat katedry – po prostu warto ją zobaczyć, będąc w Paryżu.

Wracamy do domu, po drodze kupujemy wino, sery, bagietkę. Zasypiam, pijemy wino (znalazłyśmy najlepsze białe wino na świecie za…2 euro) i zagryzamy je serem…kto mi znajdzie we Wrocławiu takie sery, jak w Paryżu, temu będę dozgonnie wdzięczna.

Wychodzimy z domu. Wybieramy się tam, gdzie są najlepsze kasztany – na plac Pigalle! Wychodzimy z metro i idziemy ulicą w stronę Moulin Rouge. Po drodze mijamy sex shop, potem sex shop, dalej peep show, sex shop, na rogu sex shop i parę klubów go go. Kiedyś można było tutaj spotkać panie, które zachęcały do różnych przyjemnych rzeczy, teraz raczej spotkacie ciemnoskórych mężczyzn, którzy chętnie sprzedadzą Wam zioło albo coś mocniejszego. No cóż. Przy Moulin Rouge obowiązkowa fotka. Kiedyś na pewno wejdziemy do środka, zjemy kolację, obejrzymy spektakl. Teraz 165 euro od osoby za kolację ze spektaklem trochę nas jeszcze odrzuciło. Wchodzimy do sklepu z pamiątkami, targujemy się standardowo, pytamy o kawiarnię Cafe des 2 Moulins, gdzie pracowała Amelia Poulain z filmu “Amelia”. Niestety jest pełno, więc nie udaje nam się wejść. W drodze powrotnej wchodzimy do Muzeum Erotyzmu (bilety: 10 euro normalny, 6 studencki) i spędzamy na 6 piętrach prawie 2 godziny. Mamy szczęście, bo jest przed 21 i właściwie pusto. Fajne miejsce, które pokazuje, jak postrzegana jest seksualność w różnych kulturach, miejscach na świecie. Wracamy z Montmartre zmęczone i kończymy dzień winem (jak każdy następny).

 

Dzień 2 – Montmartre i Muzeum d’Orsay

Wracamy na Montmartre. Artystyczna dzielnica, zupełnie inny Paryż. Wąskie uliczki, schody, urocze knajpki, gdzie espresso przy barze kosztuje 1,1 euro, a przy stoliku 2. Idziemy w górę, w stronę Sacre Coeur. I to właśnie bazylika robi na mnie największe wrażenie. Docieramy zmęczone, pokonując spore podejście i schody. Dopiero na szczycie odkrywamy kolejkę, o której czytałyśmy w przewodniku – można nią wjechać na górę. No cóż. 😉 Widok ze wzgórza, gdzie znajduje się bazylika jest przepiękny. Gdzie nie spojrzę jest przepięknie, a klimatu dopełnia pan grający na harfie. Coś niesamowitego. Wchodzimy schodami na górę, robiąc sobie na zmianę fotki w stylu “gdzie jest Wally”, bo trudno inaczej objąć całą bazylikę. Wchodzimy do środka, akurat trwa msza, co też jest niezwykłym przeżyciem. Wnętrze prezentuje się pięknie, ale nie zwiedzamy, żeby nie przeszkadzać. Już mamy wychodzić, kiedy rozlega się śpiew zakonnicy. Nieprawdopodobnie piękny wypełnia wnętrze. Schodzimy zmęczone wcześniejszą wspinaczką. Zmierzamy w stronę metra uroczą uliczką pełną sklepów z pamiątkami, kawiarni. Świeci słońce.

Jedziemy do Muzeum d’Orsay, co zajmuje nam trochę czasu. Na miejscu kupujemy bilety, to znaczy ja kupuję (12 euro), Natalia wchodzi za darmo. W bardzo wielu miejscach w Paryżu obywatele UE poniżej 26 roku życia mają wejście za free – wystarczy dowód tożsamości. Chodzimy, oglądamy. Samo wnętrze robi ogromne wrażenie, a obrazy. Hm, no cóż. Otwarcie przyznajemy, że na sztuce się nie znamy i impresjoniści nie robią na nas super wrażenia. Zwyczajnie się nudzimy i dochodzimy do wniosku, że muzea sztuki nie są dla nas. Kilka obrazów robi na nas wrażenie, ale to kilka, spośród pewnie kilku tysięcy. Wychodzimy zmęczone i uśmiane, że chciałyśmy się trochę “odchamić” a nie wyszło. Obrazy nie są dla nas po prostu.

Z d”Orsay jedziemy jeszcze zobaczyć Sorbonę. Jesteśmy już dość zmęczone i chyba dlatego oglądamy ją “od dupy strony” dosłownie. Wokół można zauważyć sporo kramików z książkami za euro, czy dwa. Wracamy do domu.

Wieczorem wybieramy się na plac Republiki i pod klub Bataclan. Ludzie wciąż przynoszą kwiaty, palą znicze, zatrzymują się. Tyle.

Dzień 3 – Luwr i knajpy

Trzeciego dnia pada i to dość mocno, ale to taki deszcz z serii drobnych, wkurzających. Decydujemy się na Luwr, żeby nie włóczyć się w deszczu po mieście. Dojeżdżamy do stacji metra, wchodzimy do galerii. To niesamowite, jaki biznes się tu kręci. Najlepsze francuskie marki mają tu swoje butiki – możesz kupić torebkę, pierścionek z diamentem albo wypić kawę w Starbuniu. Wychodzimy na zewnątrz na serię fotek z piramidą w tle. Idziemy pod nią, niestety nie dopytałam i stoimy w deszczu w kolejce do wejścia do galerii (w której przed chwilą byłyśmy!). Okazuje się, że po bilety można wejść od zewnątrz albo właśnie w galerii – oczywiście swoje trzeba odstać, choć nie było dramatu i 2 godzin czekania. Może z 15 minut. Potem jeszcze jedna kolejka, już do kasy. Kupujemy bilet, to znaczy ja kupuję (15 euro), Natalia znów wchodzi za darmo.

Decydujemy się na kilka punktów w Luwrze. Oczywiście Mona Lisę, ja raczej z ciekawości, czy jej nie ukradli, bo widziałam ją tutaj 10 lat temu. Nie ukradli. Wisi za pancerną szybą, pilnuje jej tłumek z aparatami. Tłumek jest zawsze. Wybieramy miejsca popularne i te, które nas po prostu interesują. Wenus z Milo, Natalia chciała zobaczyć sztukę Egiptu, więc sarkofagi, docieramy też do apartamentów Napoleona. Ten to miał wyobraźnię i rozmach. 😉 W Luwrze na pewno można spędzić dwa dni i dwa tygodnie, jeśli ktoś chce zobaczyć wszystko, co można, bo go to po prostu interesuje. Nam Luwr zajął 2 godziny.

Ostatniego wieczoru trafiamy do knajpy 200 metrów od naszego mieszkania (mieszkanie miałyśmy w 10. dzielnicy Paryża, w ścisłym centrum, znalazłam je przez Airbnb – jeśli zarejestrujesz się z tego linka dostaniesz 79 zł kredytu na pobyt i ja też – win-win). Nadal nie potrafimy zrozumieć, dlaczego oni wszyscy siedzą na zewnątrz. Aż w końcu lądujemy przy stoliku na świeżym powietrzu. I co? Jest 14 stopni, a my rozpinamy kurtki, bo dogrzewają nas lampy usytuowane u szczytu. Pijemy jedno, drugie, trzecie piwo. Rozmawiamy. Rozglądamy się. Ludzie są tutaj inni, a raczej inna jest ich mentalność. W Polsce w pubach raczej chcemy mieć trochę więcej miejsca dla siebie. Tutaj każdy się do każdego dosiada, każdy każdemu robi miejsce, podsuwa popielniczkę. Pełen luz, otwartość. Przed powrotem do domu idziemy jeszcze na kanapkę z wątróbką z owcy. Jak się zorientowałam po 4 piwach co zamówiłam, to chciałam się wycofać. Dopóki nie spróbowałam. Poezja.

 

Bye #paris 🙂

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Justyna Zienkiewicz (@justzienkiewicz)

Dzień wyjazdu – knajpa i okolice

Tego dnia już się nie spieszymy. Czasem pada, dość mocno wieje, nie jest za przyjemnie. Zjadamy standardowo bagietkę i ser na śniadanie. Wychodzimy z mieszkania na naszą ulicę. Trochę się kręcimy po okolicy, aż w końcu trafiamy do knajpy, w której skończyłyśmy imprezę poprzedniego dnia. Piwo ratuje nam życie (wybieramy Meteora za 3,5 euro, wczorajszy Brooklyn za 6 trochę nam zrujnował portfel). Przypatrujemy się ludziom. Francuzi o 11 raczej piją kawę. Nie mają problemu z tym, aby pić ją samemu. Po prostu przychodzą, zamawiają, siedzą. Czytają gazetę, książki albo rozmawiają. Nie spędzają czasu na Facebooku. To knajpa, w której nie było raczej turystów, dlatego mogłyśmy poznać klimat Paryża od tej “prawdziwszej” strony. Potem piwie znów robimy sobie spacer, znowu zastanawiamy się, jak oni parkują, jemy obiad i wracamy na jeszcze jedno. Nie chce nam się już zwiedzać z walizkami, więc jedziemy do Porte Maillot, skąd odjedzie nasz autobus na lotnisko.

Paryż był moim marzeniem od dawna. Dał mi fajny luz, spojrzenie na ludzi, to, jak się zachowują, jak żyją. Nabrałam też ogromnej ochoty na kolejne wyjazdy. Założyłam sobie, że będziemy zwiedzać 2 miasta gdzieś w Europie w roku. Teraz przyszedł czas na…Rzym lub Berlin. 🙂

Przeczytaj poprzedni wpis:
Linkowanie wewnętrzne na blogu – 4 powody, dla których warto to robić

Dziś będzie o tym, dlaczego warto linkować na blogu. Jednak nie do stron zewnętrznych, a wewnętrznych podstron na własnym blogu....

Zamknij